jestem chora i nie umiem pisać

Siedem dni. Siedem dni chrypki, bólu, wydzielin o dziwnych kolorach, łzawiących oczu. Siedem dni niechcianego barłożenia się w łóżku i pałaszowania kanapek z cebulą i/lub czosnkiem.
Potrzebowałam siedmiu dni, żeby zrozumieć, że sama sobie na nie zapracowałam.
Biegiem przez płotki wyzwań. Wstawaniem o piątej, żeby zdążyć pobiegać i usiąść do notatek przed wyjazdem do sądu na praktyki. Przesiadywaniem godzinami nad uzasadnieniami, aby zasłużyć na dobre oceny. Wiecznym pędem z punktu A do punktu B przez punkty C, D i E w tak zwanym międzyczasie.

No cóż, moi sędziowie wystawili mi oceny wzorowe.
A moje ciało postawiło mi pałę.

Powinnam przysiąść na chwilę i się zastanowić, kiedy zaczęłam myśleć o życiu myślnikami. Listy to moja miłość. Porządkują chaos, który nazywamy życiem. Strasznie nie lubię chaosu. Przeraża mnie. Zawsze starałam się go poukładać, nałożyć jakąś kalkę, okiełznać schematem i planem działania. Ale przecież życie najpiękniejsze jest, kiedy pozwoli mu się odkryć przed nami wszystkie szaleństwa.

Czasem trzeba pożyć świadomie. Odetchnąć. Popatrzeć w chmury. Uśmiechnąć się do siebie. To najlepsza profilaktyka przed chorobą serca i duszy.

A na pisanie… chyba jestem zbyt szczęśliwa. Coś mi się zdaje, że tylko ludzie chociaż odrobinę nieszczęśliwi mogą dobrze pisać.

W duchu zen ;)

Najtrudniejsza umiejętność na świecie – radość z teraz. Ciągle się uczę myśleć, że celem jest droga. Coraz łatwiej przychodzi mi cieszyć się tym, czego doświadczam obecnie – spokojnym dniem w pracy, lunchem w dobrym towarzystwie, lampką wina i książką oraz szerokimi ramionami, w których od lat chowam się przed potworami codzienności.

Marzę o tylu jeszcze rzeczach – chciałabym nauczyć się dobrze jeździć konno, języka fińskiego, zostać adwokatem, mieć kilkoro zdrowych dzieci, dom w samym środku niczego, wypełnioną skarbami spiżarnię – to wszystko jeszcze gdzieś majaczy w bliżej niesprecyzowanej dali. Pamiętam dobrze słowa Mamy, że trzeba marzyć, bo jak człowiek przestaje marzyć, przestaje tak naprawdę żyć. Ale też wiem, że to, co teraz mam, jeszcze kilka lat temu było w sferze marzeń.

Śniadania z człowiekiem, do którego buzia sama się cieszy, bliscy, na których można polegać, pełne śmiechu i czułości chwile ze znajomymi, pozbycie się toksyny i jadu z codziennego życia. Mieszkanie w dobrej okolicy, nawet ten kot układający się w zgięciu moich ramion, rozmruczany jak traktor i budzący nas pięć razy dziennie, zganiany i powracający cierpliwie, kiedy znów zasypiamy. Nawet te msze u dominikanów, kiedy czasem ze wzruszenia łzy same cisną się do oczu. Nawet zmęczenie wywołane całotygodniowym godzeniem pracy z aplikacją, pisaniem pism procesowym i prowadzeniem domu. Nawet czternaście urodzinowych butelek wina. ; )

Śnijmy nieprzerwanie, śnijmy swoje szczęście, ono już tu jest, trzeba je tylko wymyślić i zobaczyć, tak jak na tych wizualnych łamigłówkach… : )

p.s. Jestem ostatnio zafiksowana na punkcie życiowego minimalizmu – serdecznie polecam zenhabits.net autorstwa Leo Babauta, naprawdę warto

„Wyruszam na poszukiwanie wielkiego być może.”

Spotykam na swojej drodze tak wielu ludzi. Pana ze sznurówkami, który około ósmej zawsze stoi przy wyjściu z metra na Świętokrzyskiej. Panią z tulipanami (w grudniu!). Dziewczynę o krótkich tlenionych włosach, w pudełkowym płaszczu i czarnej dzianinowej czapce. Czasami moją uwagę przykuwa szczegół, od którego już nie mogę się uwolnić – jasne oczy, mówienie do siebie, bandaż. Zniszczone buciki chłopca o smutnej twarzy. Kawa i pies w ramionach hipstera. Nie umiem nie patrzeć, nie umiem nie czuć. Świat dotyka mnie nieustanie. Czasem całuje tuż za uchem i ciepło chucha w kark, innym razem bezprawnie wtyka mi swoje zimne paluchy za bluzkę. Nigdy nie jestem sama. Zawsze obok, naprzeciwko, z.

Potrzebuję pustki, przestrzeni, popiołu, w którym już zgasło całe istnienie. Czegoś, w czym mogę pogrzebać patykiem świadomości i znaleźć antymaterię siebie samej. Muszę poczuć, że są rzeczy, które nie są. Dotknąć nienazywalnego, muszę zmierzyć się z pojmowaniem niepojętego, muszę wpaść na tę ścianę w pełnym pędzie, rozpaść się i zrosnąć na nowo.

Może dlatego tak kompletnie nie czuję emocji podczas Świąt Bożego Narodzenia. Jakby zupełnie poprzepalały mi się bezpieczniki.

To nie depresja. Depresja to męcząca, złośliwa kobieta o przetłuszczonych czarnych włosach, która podchodzi do ciebie bliżej, niżbyś sobie życzył i chucha brzydkim oddechem prosto w nos, męcząc błahostkami i nadając im rangę nieprzekraczalnych barier. Depresja to matka, która cię nienawidzi.

To coś innego – uczucie, że tylko śnię o prawdziwym życiu, a to teraz składa się szeregu oczu – luster, w których odbija się miraż moich „ja”.

Szukam czegoś, co pozwoli mi żyć – zanurzyć się w teraz. Pogrążam się w wytężonej pracy, zaczytuję w Carollu, poszukując znajomej magii, kocham się jak dzika, kocham do bólu, rzucam się w wir bachanaliów, a jednak to mi wciąż umyka, umyka i wraca w snach, pełnych absurdów i idiotyzmów, a w których się jednak odnajduję. Moje emocje w snach są nasycone i przepyszne, tak że jeszcze długo po przebudzeniu leżę i rozgryzam je jak soczyste i kwaśne wiśnie.

Tak rzadko żyję…

N.U.D.A.

Jak to jest, że człowiek jest tym leniwszy, im więcej czasu ma do dyspozycji?

Dziś decyzją szefostwa „pracujemy”, a przynajmniej pracuje ten ułamek, żeby nie powiedzieć: ułomek, populacji, który nie wziął urlopu. Rozpiera mnie energia.

Mogłam cały dzień zgłębiać legal English albo czytać procedurę cywilną, zamiast tego zrobiłam garderobiany rachunek sumienia, listę dietetycznych produktów spożywczych (ze zdjęciem kształtnej pupy w charakterze motywatora), obgadałam z koleżankami napaści seksualne i dokładnie przeanalizowałam dawnych znajomych na fb.

Żeby nie było tak znów bezproduktywnie – kupiłam wino i dwa topy w M&S (jakże sophisticated), niestety ponieważ wydawało mi się, że 6 to 36, to wzięłam, a to jednak 34 – teraz sobie myślę, że będę musiała chyba pod spód gorset jakiś przyoblec albo wzorem dawnych kryptokobiet obandażować sobie biust. Wino na szczęście jest zupełnie w porządku, podobnie jak dwa inne, kupione na dzisiejszy wieczór. Umówiliśmy się ze znajomymi, którzy wyzwalają w nas niekończące się pokłady opilstwa i vice versa. Dlatego zawsze drżymy, czy tym razem starczy, czy panowie znów o pierwszej w nocy będą musieli udać się na wyprawę łupieżczą, a ponieważ rzecz dziać się będzie na Białołęce, gdzie, jak wiadomo, sklepy są rozmieszczone co 20, a sklepy całodobowe – co 40 km, wolelibyśmy tego uniknąć. : )

Pochwalę się, że upiekłam (z P.) chleb. Na zakwasie. I oficjalnie agituję i namawiam do mimikry, żałując jednocześnie, że nie ma kadzidełek o zapachu pieczonego chleba. : )

Wszystkiego niepodległego, Kochani!

Kakao, Kopciuszek, Kot

Październik. Coraz ciemniej, ale ciepło przynajmniej. W kubku coraz częściej gości kakao, a granatowy wełniany płaszcz jest coraz bliżej wyjścia z szafy. ; )

Życie mi się poprzewracało do góry nogami, odkąd, po obarczonej presją i sporym stresem nauce, udało mi się zdać egzamin na aplikację adwokacką. Byłam tym faktem zaskoczona, do dnia ogłoszenia wyników wyobrażałam sobie aplikację jako coś zupełnie abstrakcyjnego i nieosiągalnego, taką fatamorganę na mojej drodze życia. A tu się okazuje, że cel został osiągnięty i zostałam z taką zdziwioną twarzą posadzona w oazie możliwości. Musiałam szybko wymyślić kolejny nieosiągalny cel i stwierdziłam, że zostanę w mojej kancelarii prawnikiem. : ) Okazało się jednak, że ze wszech stron słyszę gratulacje i wręcz propozycje angażu, czuję się trochę zbita z tropu jak Kopciuszek, który nie do końca był pewien czy dobra wróżka to naprawdę matka chrzestna z dużymi wpływami, czy po prostu zbzikowana kobiecina, która lubi sobie chlapnąć. ; ) Wracając jednak do meritum – wiem, że muszę porządnie zakasać rękawy, bo to, co chcę zrobić, przypomina przeskoczenie z jaccuzzi do oceanu z rekinami. Pozostaje mieć nadzieję, że są to rekiny z klasą i ludzkim podejściem. ; )

Kocisz niezdrów przewraca nam życie na drugą, mniej sielankową stronę, postrzępioną od pazurów. Już wiem, że podawanie tabletek futru nie jest i nigdy nie będzie moim ulubionym zajęciem. Liczę na to, że nabiorę chociaż tyle wprawy, aby nauczyć się odskakiwać poza zasięg jego pazurów, a on zacznie przyjmować te zabiegi z pełnym rezygnacji spokojem, na razie jeszcze wyłazi z niego bandyta.

Także tego – życie do góry nogami na lewej stronie. Tbc. : )

I’m back!

Od dawna nie bywam, zostałam uprowadzona na powrozie prozy życia. Nie pierwszy raz w głowie pojawia się myśl, że kiedyś posługiwałam się piórem z większą ilością werwy, zapału i synonimów. To mi odbiera chęć, żeby Wam truć językiem zgreda, nawet jeśli jest o czym pisać – bo jest.

Znów jestem w klasycznym szpagacie życiowym – tuż przede mną egzamin na aplikację adwokacką, do którego podchodzę dzięki magicznym zbiegom okoliczności – dzięki spotkaniu z dawno niewidzianą znajomą, która też postanowiła zdawać w tym roku, dzięki nieprzerwanym zachętom szefów, którzy wierzą we mnie chyba bardziej niż ja sama, a wreszcie dzięki P., który jest dla mnie największym wsparciem jakie można sobie wymarzyć. Partner, który osłania mnie (czasami nawet własnym ciałem ; ) ) przed wspomnianą powyżej prozą życia i daje siłę na wkuwanie coraz to kolejnych kodeksów.

Przede mną długi urlop, spędzony na ostrym kuciu, nie licząc może resetu w najbliższą sobotę, na urodzinach u mojej słodkiej P. (mam szczęście do literek P. najwyraźniej ; ). ;P W nagrodę obiecałam sobie (i lokatorom) przywiezienie Ryszarda – w końcuuuuu! Strasznie się cieszę na jego przybycie, chociaż jednocześnie rozglądam się za szczotkami, turbo-szczotkami i innymi odkłaczającymi akcesoriami. Drżę ze strachu o współlokatorów i liczę, że nie będą się ślizgać na żwirku i kociej wełnie. Ale to miejmy nadzieję będzie w moich rękach. ; )

Po drodze przeszłam tez dwie przeprowadzki – jedną na Wiatrak (było spoko, nie licząc grzania wody w iście monthy pythonowskim ujęciu i majtek na chodnikach w niedzielne poranki ; ) ), a drugą – już w dłuższej perspektywie – na Służew, w piękne zielone przestrzenie. Mieszkania są tu bardzo drogie, nawet używane – ale będąc tu, potrafię zrozumieć dlaczego. Jeśli życie pozwoli, będziemy na pewno brać pod uwagę to miejsce.

Mieszkamy razem z P. w nieco odmienionym gronie – z Panią Kierownik – rudzielcem znanym jeszcze ze studiów, z którą już kiedyś dzieliłam mieszkanie, oraz z dżudoczką inżynierką, równie sympatyczną. Nie wchodzimy sobie w drogę, dbamy wspólnie o porządek, przegadujemy wszystkie kwestie – jest ok, chociaż śmiejemy się, że być może to tylko okres próbny. ; )

Ahaaaa, no i wracam do jazdy konnej. Kocham to, więc nad czym tu się zastanawiać? : )

Przede mną wiele pięknych przygód, coś czuję. ..

nie rozmawiam z nikim, z nikim się nie dzielę

warszawa sączy mi w uszy piątkowy szum, a lista trójkowa pieści je głosem sheerana i podsiadły

ja sączę podebraną mojemu mężczyźnie whisky i wyobrażam sobie – jego, a dla urozmaicenia świata wewnętrznego kogoś jeszcze, na dokładkę ;)

fantazje i lęki splatają się i rozplatają jak dwa walczące węże

whisky jest zaskakująco dobra bez lodu, za to z odrobiną letniej wody, rozgrzewa od środka jak początek zakochania

wspinałam się długo, boleśnie długo, a teraz stoję na wygodnym wypłaszczeniu i mogę sobie wybrać – zostać czy ruszać wyżej?

nie wiem
nie chcę się stąd ruszać
nie chcę tu zostać na zawsze

dzieci i dom lubią spokój, i stabilizację
wolny duch chce lecieć dalej

dlatego właśnie robię to, co robię

sączę whisky i cieszę się wolnym wyborem :)

O kupach, perfumach i erotyce.

Njemoc mję ogarnia.

To chyba ma coś wspólnego z ogólnym otumanieniem wywołanym oszałamiającą mieszanką aromatów kwiecia pachnącego i psich kup parujących. Kocham ludzi, kocham psy, ale przyznam szczerze, że taką kupą mam chęć czasem miotnąć prosto w plecy oddalającego się beztrosko właściciela kuporoba. Sto pierdyliardów razy ten temat był wałkowany więc nie będę przytaczać argumentów, które wszyscy znamy. Dorzucę tylko jeden – trawnik to nie jest niczyja własność. Że niby wspólny? Guzik tam wspólny. Nie mój i nie Twój. Tak jak nie wolno na rabacie rozbijać tipi; gnieździć dupska; hodować kurczaków; wyrzucać plastików i śmieciuchów, tak i nie wolno wyfekaliać się osobiście tudzież za pośrednictwem psa. Nie lubię podejścia ‚nasz’, bo ‚nasz’ znaczy – róbta co chceta.
Skoro już jesteśmy przy zapachach, to wącham ostatnio intensywnie kobiety w mieście. Nie wiem, skąd, nagle powietrze zrobiło się pełne pięknych zapachów, perfum, wód kolońskich i innych. Ostatnio omal nie zapytałam jednego takiego rudzielca, ale koniec końców stchórzyłam – przecież to bardzo osobiste pytanie, z kategorii – czy/jaką bieliznę ma pani na sobie? No nie wypada, nie wypada. Już lepiej stalkerować taką delikwentkę aż do drzwi perfumerii. ;)
A skoro jesteśmy przy bieliźnie – dlaczego wszędzie pełno bielizny na jedno kopyto? Pokręcicie głowami z politowaniem, ale ja mówię o bieliźnie w cenie poniżej dwóch stów za dwa sczepione sznurki. Wszędzie widzę albo pantalony-spadochrony i białe-podlotkowe koronki w kwiatki (najczęściej niestety łącznie) albo czerwone koronki z dziurami. Mało kiedy coś pomiędzy. Ja wiem, że kobieta powinna kształcić się w byciu damą w salonie i dziwą w sypialni (czy tam odwrotnie), ale czy to musi się odbywać od razu na zasadzie kontrastu? Skoro jesteśmy przy nie do końca grzecznych sprawach, to się podzielę.

10006601_1421238944796418_6090127485121954383_n

To już chyba nie wymaga żadnych słów.
Przybyłam, napisałam, spadam.
U.

Morning will come, and I’ll do what’s right…

Czasem nadchodzi taki dzień, że człowiek czuje się jak otwarta rana na skórze świata. Pół biedy, kiedy tego dnia się nim zaopiekują, owiną miękkim bandażem czułości i odgonią brudne pazury lęku. Czasem nawet instynkt zawczasu podpowie, jak sobie poradzić z dysharmonią, każąc wyjść i iść, i iść, wzdłuż Wisły, pod mostami, na Powiśle i zawrócić, zgubić się i odnaleźć, z Niedźwieckim, Orzechem i Kydryńskim w słuchawkach. A potem okazuje się, że odzyskana równowaga to tylko iluzja i byle słowo, byle drwina wywołują tajfun, odkopują jakiś zapomniany i zupełnie nie związany z niczym ból, za wszarz przywleka refleksje, których nigdy nie wypowiem na głos. Czasem nienawidzę swojej wrażliwości, tak ochoczo wystawia mnie na cel cudzych emocji i słów…

Znów o Kocie.

Zmęczona. Głodna. Znudzona. Piątek wieczorem stanowczo nie powinien tak wyglądac, ale cóż, kiedy się wzięło nadgodzinki. A w domu tęskni i czeka (tak se roję przynajmniej) spragniony mej obecności człowiek. Minuty pełzną ociężale, a ja próbuję szturchać je palcem, żeby pełzły trochę szybciej. Nic z tego. Fejsbuk zastygł złośliwie. Telefony milczą. OSZALEĆ MOŻNA.

Przechodząc do rzeczy znacznie bardziej ekscytujących – kotu odrasta sierść – po przyjeździe do domu rodzinnego przywitało mnie nie chude poczochrane kocię-bida, lecz wielkie, spasione kocisko, zamiatające kłakami za i przed sobą. Spasione kocisko budzi w domu mieszane uczucia. Mieszane personalnie, ponieważ treściowo mówimy o jednym uczuciu – głębokiej bulwersacji. Siostrę bulwersuje zapach, macierz kłaki i umiejętność otwierania drzwi, jaką (ku memu zachwytowi) kot posiadł, a tacierz fakt, iż kot wzgardza do cna tak zwanych zewnętrzem. Zewnętrzem kota. Kot jest całkiem kontent z powierzchni, którą okupują miski, jak również powierzchni, na której aktualnie zalega (zazwyczaj jest to jeden wybrany schodek, z przyczyn tajemniczych – obstawiam obecność jakiejś wyjątkowo przyjemnie stymulującej żyły wodnej). Cała reszta powierzchni budzi jego jawną wzgardę, a już kompletnie kota mierzi „dwór”- drzewa, trawa, wiatr – są to zjawiska skandaliczne i burzące cały znany i miłowany przez kota porządek bytowania. Nie powinny istnieć, a skoro już istnieją, niechże odbywa się to po drugiej stronie szyby, tej bez kaloryfera. Cóż… o tej porze całkiem dobrze rozumiem kota. Mój instynkt Indiany Jonesa również materializuje się wystarczająco przy uchylonym oknie, przez które mogę wyjrzeć z miną zdobywcy, bez obaw, że mi do tej miny deszcz nakapie. Albo robak wpadnie.