O Niwie, który nie był Niwą.
Zajadałam sałatkę z serem, który nazywa się Niwa (urokliwa i zupełnie niespożywcza nazwa, ale działa) i olśniło mnie, że właśnie nadszedł moment, kiedy to mam pełne prawo być szczęśliwą osobą. Rozwaliłam w drobny mak dwa egzaminy, niezbyt trudne w obiektywnym sensie, ale niemal nie do zdania, jeśli się weźmie pod uwagę zanik poczucia odpowiedzialności u Erasmusów. Tym razem to ja byłam tą, która odpuściła sobie imprezowanie na rzecz powtórek czeskich słówek - i opłaciło mi się to. Możecie nazywać mnie kujonem, tylko ci, którzy też kiedyś odczuwali tego rodzaju satysfakcję z przezwyciężania własnych słabości, zrozumieją. ;) Poczułam nawet pewnego rodzaju ulgę, że nas rozsadzili, bo chyba bym nie zniosła, gdyby znów ktoś ode mnie ściągał. Dlaczego oni nigdy nie proszą o pomoc przed testami? Czemu nie chcą, żeby im coś rozjaśnić, wytłumaczyć, wtłoczyć do głowy - czemu w trakcie egzaminu najzwyczajniej kradną wiedzę, którą przez żmudne godziny próbowałaś sobie przyswoić? To bezrefleksyjność najbardziej mnie dziwi - czy ta piątka naprawdę coś komuś gwarantuje? I o ile bardziej niż czwórka? To raczej bycie dumnym z samego siebie się liczy - a jeśli ma się z tym jakiś problem, to wszystkie piątki świata tego nie zalepią. Nigdy.
Wracając. Do. Meritum. Które zresztą olałam już w trzecim zdaniu. Stwierdziłam, że mam prawo być szczęśliwa i pozwoliłam sobie na to, mimo wielu mimo, którymi bym się trochę pochłostała jeszcze kilka lat wcześniej.
Teraz się nie chłostam. Cieszę się sobą. Kiedy jest bardzo dobrze - cieszę się tak bardzo, że mogę tylko się uśmiechać, słuchaćmuzyki, patrzeć w niebo i uśmiechac się jeszcze bardziej, dziękować za szczęśliwe sploty nieprzypadkowych przypadków.
Wielu miałam wokół siebie ludzi, którzy ciągnęli się za mną jak obłok kurzu, niewyraźnych, wytykających błędy, potknięcia i próbujących sprawić, bym była lepszym człowiekiem. A teraz - kiedy zapomniałam o błędach, z potknięć wyciągnęłam wnioski i mam radochę, że jestem właśnie sobą - nie ma ich, zniknęli, jakby nie potrafili cieszyć się moim szczęściem. Nie brakuje mi ich, jak to się mówi - jeśli coś kochasz, uwolnij to.
Życzę Wam samoistnego przesiewu, skutku ubocznego szczęścia. :)
cieplo-cieplej-czule 2012-05-07 22:29:47
skomentuj (4)
Był i nie ma.
Ołomunic był tylko moim światem, moją rzeczywistością. W momencie, kiedy zdecydowałam się nim podzielić z P. - jakby się skurczył, wysechł i utracił potencjał po jego wyjeździe. Paweł zabrał ze sobą pół mojego wszystkiego.
Połowę arktycznych wilków, które tak mnie zachwyciły w Zoo.
Pół Podiebradzkiego stawu z tołpygami wielkości małego telewizora.
Zabrał połowę mojego uśmiechu i teraz siedzę skrzywiona, jakbym pożarła cytrynę.
Zapomniał skryptu z prawa międzynarodowego i polskich gazet, które muszę usunąć poza zasięg oczęt swych.
Wspomnienia pokrojone nie są tak ładne, jak kiedy są w całości. Zwłaszcza w zalewie z tęsknoty. Chyba się zaleję z tej okazji. Trzy szalone kobiety przywiozły mi wczoraj 0,7 krupniku, więc nie będzie to trudne.
Do 9 maja mam cztery egzaminy erasmusowe, potem jeden polski, i ... kończenie studenckiej kariery, trzeba mi życzyć dużo powodzenia. :) Nie, żebym bez tego sobie nie poradziła, ale strasznie lubię czuć, że komuś oprócz mnie zależy na tym, by było mi dobrze i szczęśliwie w życiu. :)
cieplo-cieplej-czule 2012-05-04 13:36:54
skomentuj (1)
By garnki robić móc...
No pytają, bez przerwy, czy piszę.
No piszę.
No i co?
Moje główne szczęście polega na tym, że potrafię poznać mądrego człowieka, kiedy go Z RZADKA spotkam, więc łatwiej mi zrozumieć, o czym właściwie piszę, dzięki czemu z kolei piszę jasno, zwarcie i przejrzyście.
Pech natomiast polega na tym, że mój mózg jest jak gąbka, wyciśnięta przez kogoś, kto się panicznie boi pleniących się w wilgotnych miejscach paskudztw. I pisanie tu sprawia mi niemal fizyczny ból - żeby urodzić jakąś myśl, muszę cały czas pamiętać, żeby nie szukać jej w notatkach i nie próbować przekształcać.
No, ale postanowiłam się z Wami podzielić wiekopomnym oświadczeniem, że piszę. I nawet mi się to podoba. :)
cieplo-cieplej-czule 2012-04-14 18:57:16
skomentuj (2)
Dołki i górki.
Jak wiadomo, życie składa się z kontrastów i mini punktów odniesienia. W rzeczywistości najcześciej poruszamy się czarnobiałując i lepszogorsząc. Śniadanie zrobione z zupki chińskiej będzie ok, jeśli poprzedniego dnia jedliśmy czerstwą bułę i zieloną kiełbasę. Po powrocie z Teneryfy będzie nam zimno. Po serii niefajnych ludzi pojawia się kilkoro, którzy nie są niefajni, a przez to fajni.
Każdy ma swoje punkty odniesienia. Mogę powiedzieć 'pyszna zupa' i nikt nie będzie mógł tego zakwestionować. Autorka zupy się ucieszy, a atmosfera nabierze konsystencji różowego budyniu, w ktorym nieśpiesznie pływają kucyki Pony. Mogę powiedzieć 'uwielbiam cię', mimo że wcale nie muszę, nie zawsze wypada, a w naszej kulturze nadmierna wylewność i grzeczność to wciąż krępujące zjawisko.
Każdy z nas jest po trosze czarodziejem. :) Im bardziej sobie opowiadam, co lubię, z czego się cieszę, a im mniej narzekam, użalam się i kiszę w sosie, tym świat wydaje się piękniejszy. Dlatego trzeba pamiętać o tym, że dwie działające ręce i nogi, rodzina, nieważne jak i wg czyich kryteriów pełna lub niepełna, kawałek miejsca, gdzie można się skurczyć pod kocem z gorącą herbatą - to super pakiet startowy. :)
Jeszcze mi się nie zdarzyło obejrzeć wstecz i powiedzieć sobie o momentach zdołowania 'tak, było mi to potrzebne, zmądrzałam, lepiej się potem czułam'. Wręcz przeciwnie, z niektórych dołów wychodziłam z pomocą czekanów, tak było stromo. Za to zawsze, kiedy zwyczajnie siedzę, patrzę w niebo i się cieszę, mam poczucie sensu. Nawet jeśli wyraz twarzy zazwyczaj nieco rozdziawowaty. :)
Nie chodzi mi tu oczywiście o maski i sztuczne euforie, raczej o uważność - na świat i na siebie.
cieplo-cieplej-czule 2012-04-10 16:19:06
skomentuj (3)
Nie wiem...
No naprawdę nie wiem - czy to Możdżer tak działa, czy może piguły prowadzą mnie w dół spiralą ciemności zbudowaną z estrogenu i innych takich.
I nie, że wpadam w malkontenctwo, złość i poczucie bezsensu, nie, ja naprawdę nie mam gorszych dni, nie jestem zmęczona życiem nigdy, zawsze uporczywie i zawzięcie hoduję w sobie miłość do świata. Czasem po prostu ta miłość ma skopaną dupę dokumentnie, siada gdzieś w kątku i mówi - dobrze, ja sobie teraz posiedzę tu, w kątku, gdybyś mnie potrzebowała. A teraz idź i pokaż temu posranemu światu, co o nim myślisz.
I muszę powrzeszczeć, choćby w głowie. Ten świat jest szybki, zwarty i gotowy, błyskotliwy i ambitny - wie co i po co, a nawet jak nie wie, to udaje że wie i wychodzi na to samo.
A miłość najczęściej jest taką niezdarą właśnie, trochę zbyt ślamazarną na te szalone czasy, uśmiechającą się nieśmiało z oczyma spuszczonymi skromnie, w chodnik wbitymi. I coraz mniej jest ludzi, którzy choćby pomyślą, by tym spojrzeniom ludzi mniejszych, słabszych, nadać inny kierunek - unieść brodę koniuszkami palców, rozbawić przechodnia, COŚ zrobić, beinteresownie, pójść za głosem szaleńca w naszym sercu, bo cóż mamy do stracenia?
Wybaczam bez końca, uśmiecham się i spuszczam oczy, ale liczę na przyzwoitość, bo przecież dobro rodzi dobro, prawda?
Nie bezczelność. Nie kłamstwo. I nie brak szacunku.
Prawda...?
cieplo-cieplej-czule 2012-04-04 20:54:51
skomentuj (1)
Dostałam na urodziny zeszyt.
Oprawiony w wypalaną skórę, z zielonym kamieniem, czerpanym papierem. Śliczny. Mam z nim, jak z życiem - wydaje mi się tak nieskazitelny, ładny - że aż strach w nim cokolwiek pisać, żeby nie skalać naturalnego piękna. Każda kolejna myśl wydaje mi się niewarta umieszczenia w tymże. Ciągle się pilnuję, żeby zmieniać tę głupią asekuracyjną postawę.
Czasem - jakie tam czasem, zawsze! - trzeba się rzucać w życie łbem naprzód.
Dostałam też kubas na urodziny, wielki, porcelanowy. Śliczny. Codziennie piję z niego wszystko. Nie mam oporów. Zawsze mogę zrobić kolejną kawę, napełnić na nowo. Ciągle szukam kawy idealnej, która wykona za mnie żmudną, intelektualną harówkę.
Nam się wydaje, że życie to kubek, a to jednak zeszyt. No i trochę kubek, tyle że kawa najczęściej już wystygła.
Piję i piszę, myślę sobie, że dziś kompletnie bez polotu.
Chmury wiszą tuż nad głową, próbuję znaleźć jakiś pomysł, by mojej uczennicy bezboleśnie wtłoczyć do głowy polski język i mam ujmę na duszy. Jakby kawałek mojego serca wyjechał na wakacje w przyszłość.
cieplo-cieplej-czule 2012-04-04 16:58:47
skomentuj (0)
A byłaś kiedyś trawą?
Cholernie nam ludziom cięzko. Nawet nie dlatego, że kiedy wypijamy pół litra zimnego kefiru, zamarza nam mózg. Mi przynajmniej, wy możecie sprawdzić.
Dziś tak sobie posłuchałam mojej kochanej E,, zanim zasnęła - i myślę sobie - cholernie fajnie być trawę. Ona nic innego nie robi, poza chwaleniem Pana. Rośnie i krzyczy - kurde, Boże, w dechę jest tak sobie brać z ziemi wszystkie te smaczne rzeczy i rosnąć do góry, kurde, rzeczywiście fajna sprawa. Ale my, ludzie? Nie.
My mamy o-biek-cje.
Bo Ty nam robisz problemy. Ja bym rosła, a Ty mi próbujesz wcisnąć podjerzanie pociągających Hiszpanów, albo wciskasz mi wady moich najukochańszych. To ja Ci mówię - nie tak łatwo. Pewnie powyżej nosa masz tego ludzkiego uporu, ale tak sobie myślę, że pewnie nie masz nosa - bo gdybyś miał, musiałby nieuniknienie być nosem z czyjegoś punktu widzenia za małym lub zbyt dużym, a przecież to poniżej Twojego poziomu, by coś było po prostu dalekie od ideału. Więc tak orasz se nami, dopóki nie skumamy, że nie o Ciebie chodzi, a o nas. I że walczymy sami o siebie, i o nasze nosy. Mój na przykład od zawsze jest za duży, A mężyczyzna ma niewielki, jak na złość, psia krew. Odwrotnie mogłoby być....
A trawa, jak rosła, tak rośnie, nie bój żaby, i rosnąć będzie, bo żyje.
I nasionka wyda, jak jej nie zadepczę ja, lub nie depniesz Ty.
cieplo-cieplej-czule 2012-03-21 02:33:31
skomentuj (4)
Dzień puddingu.
Siedzimy sobie. Pudding i ja. Pudingu coraz mniej, za to mnie coraz więcej, wypełnionej puddingiem. Odbija mi się karmelem i przeklinam doktor Oetker za dzień, w którym postanowiła zapychać ludność prochem z torebki, żerując na wrodzonym człowieczym lenistwie.
Ohydny miałam dziś dzień, więc i Wam przyjemniej będzie o tym czytać. Dzień ludziowstrętu, nie wychodzenia z czterech ścian, objadania się dziwnymi rzeczami i oglądania filmów. Jeszcze bardziej od wspomnienia tej środy przeraża mnie myśl, że jutro muszę wyjść. Hormony plus ciśnienie plus brak zajęć plus prokrastynacja plus brak ludzi (wszyskie 'moje Polki' wyjechały zdawać jakieś zaległe egzaminy) równa się puddingowa egzystencja. Nawet przemieszczam się poprzez przelewanie się z łóżka na fotel i z powrotem.
Jedyna nadzieja w jutrzejszej jeździe konnej z dwoma Brytolami o romantycznych duszach. Nie że w stosunku do mnie, ale jeśli chodzi o chęć cwałowania po czeskich błoniach. Akurat ich puszczą w teren. ;] A druga nadzieja w tym, że im szybciej położę się spać, tym szybciej ten amebowaty dzień się skończy.
Czasem bywa tak, że Cię osra ptak.
cieplo-cieplej-czule 2012-03-14 19:24:57
skomentuj (4)
O lwach i starej szafie.
Jakoś nie bardzo wiem co napisać w tej podniosłej chwili, kiedy cudem jakimś antenka wi-fi mojego wiernego giermka, Małego Dżona, wychwyciła słabiutki sygnał, dzięki czemu mogę pisać do Was z tego piwno-serowego frontu.
Dusza ma na poły rozerwana jest euforią, na poły jednak zawstydzeniem, że tak wysoko sobie ceni podłe dobro doczesne, jakim jest internet.
Prawda jest taka, że mamy chwilową (jeśli za chwilę można uznać większość czasu, aaaaale w Czechach czas płynie inaczej, odmierzamy go beczkami, jak mniemam, co do zawartości - no pomyślcie) awarię tego internetu, co płynie przez kabelki, mamy tylko te latające internety, a one w pytę kapryśne są. Kabelkowy podgatunek występuje też w recepcji, ale to daleko, a jam raniona w stopę i nie chce mi się. A służba nie drużba - notka przyszła i drze mi się do ucha, żeby ją napisać. To piszę, sługa niegodna ja.
To chyba wiosna musi być, bo cały dzień dziś chodzę taka rozwiana, rozgogolona, wsiadam w złe trawmaje, wysiadam za wcześnie, za późno, zasypiam na oglądanie mieszkania, zapominam o pigułkach (na szczęście to akurat nie powoduje żadnych merytorycznych skutków, bo... no, wicie, rozumicie, smutne i ubogie w bodźce jest me życie erot. ostatnimi czasy, na wygnaniu - nie licząc orgazmowania się architekturą Ołomuniecką - no, TO JEST STARE MIASTO!)... Ciepło się zrobiło i nawet ptasiory popylają po nieboskłonie z jakimś takim... przekonaniem.
Trochę tu chyba robię za odmieńca, bo wolę żyć sobie spokojnie i po cichu, i bez spółkowania międzykrajowego, ale luz, powoli wyrabiam własne tempo, a czasami wskakuję do pędzącej erasmusowej karuzeli, zalanej piwem, wódką i śmiechem. Z czego nie uskuteczniam wódki. I rzygania, ale to partykularne przypadki.
Tęsknię za swoim starym światem, ale tak troszeczkę, nie na tyle, żeby mówić, że tęsknię, tylko dlatego, że wypada. Wiem, że niedługo zobaczę swój stary świat, więc po co się męczyć? Tęsknię trochę za kołyską z ramion P. I za kotką swą. I to właściwie... właściwe. Dobrze mi tu, taki tymczas-wywczas, zlepek szczęśliwych zbiegów okoliczności i urokliwości.
Od marca będę nauczycielką polskiego. Za tydzień stanę się narciarką (broń Boże zawodową, taką rekreacyjnie sturliwującą się ze zbocza). Ewidentnie jestem czechofilką. I te lwy! Kochani, uwielbiam te wszystkie lwy!
cieplo-cieplej-czule 2012-02-18 22:38:58
skomentuj (0)
Ostatnie podrygi na polskim lodzie.
Sobota rano, wyglądam przez okno na oślepiającą kołderkę śniegu i wyobrażam sobie, jak musi ładnie skrzypieć tenże na czaskającym (fonetyczny zapis, nie trzepiać się). Na wyobrażaniu poprzestaję, bo uważam, że temperatury poniżej zera są po to, by cenny tyłek pozostawiać w domowym zaciszu - nie licząc błyskawicznego wyściubienia nosa, coby psę zawołać, z lojalności dla jej czaskającego od mrozu zadka. Psa jest przeszczęśliwa, mogąc leżeć w fotelu na dole albo pakować się na piętro, najchętniej w ogóle wlazłaby nam na głowę i kapała śliną. Jakże odmienna przy niej jest kocia wyniosłość Baśki, która od listopada egzystuje głównie w formie kłębkowej. Widzę, że rodzicom od jesieni - to jest od początku mojego powolnego odgryzania pępowiny na rzecz pracy/mieszkania u rodziny P. i siostrowego wyjazdu na studia - ewidentnie zmiękły serca. Jak inaczej wytłumaczyć spanie Miki na fotelu, a Baśki na poduszce poza zasięgiem Miki? Ojciec mój trochę zwierzęta gania, zwłaszcza kota, bo kot go bardziej wkurza (Mika bowiem przejawia psie posłuszeństwo, kota lubi brać na przetrzymanie, coś w rodzaju pytań egzystencjonalnych - co się stanie, gdy wlezę pod biurko i zostanę tam bez względu na banalne 'psik!' ?), ale widzę, że tak jakoś bez przekonania i częściej się oddala, niż sięga po miotłę, żeby kota wymieść. :)
O, widzę, że dygresja całkiem sensowna wyszła. Umiłowanie do dygresji to od dawien dawna objaw dobrego humoru/wypicia kawy/konieczności przejścia do rzeczy. Jako że obecnie spełnione są wszystkie trzy przesłanki, muszę uważać, bo razem z dygresjami nieuchronnie przychodzi zapominanie cotojachciałam.
A chciałam zapowiedzieć, że jestem na ostatniej prostej przed wylotem do Trzech. I jeszcze to do mnie nie dociera. Mam rozkminkę z akademikiem, bo okazuje się, że jedynek jest mało, więc prawdopodobnie będę mieszkać z kobietą płci tej samej, narodowości niekoniecznie. Martwi mnie to trochę, bo pisać mam mgr, a i z warunkami do hodowli ponuractwa swego może być problem. Jedyna nadzieja, że moja współlokatorka będzie również ponuraczką, wtedy sytuacja osiągnie stan idealny. :)
Jazdy konnej ostatnio nie uświadczam, może z raz w lutym zdążę, w Ołomuńcu godzina jazdy jest o połowę droższa, więc lypa, bo możliwe, że czeba będzie ponuractwo schować w kieszeń i zaprzyjaźnić się z jakąś czeską arystokratką, organizatorem Wielkiej Pardubickiej albo (w ostateczności) z szejkiem arabskim.
Latam z jęzorem w charakterze krawata za ISICami, podaniami, zdjęciami, LoAmi, LAmi, zaczynam nabierać przekonania, że stypendium jest też trochę zadośćuczynieniem za straty moralne wynikłe z brania systemu na klatę - i tak połowę bzdur scedowałam na P., który jest trochę moim menagierem. Nie rozumiem - mała dygresja ;] - skąd narzekania gwiazd w Fakcie, że mieszanie pracy z miłością jest be. Wręcz przeciwnie, uważam. Moje interesy są w dobrych rękach, on dostaje solidną porcję atencji, miłości i wdzięczności, i wszyscy są zadowoleni. Nie żeby na co dzień atencja była jakimś dobrem reglamentowanym.
Po zakończeniu praktyk czuję się trochę jak bezrobotna - bycie potrzebną jest fajne. Usłyszałam w piątek od każdego coś ciepłego, że szkoda, że jak one sobie dadzą radę, że powodzenia i do zobaczenia w sądzie za kilka lat. :) Noszenie poczty, noszenie akt, chodzenie na rozprawy każdego dnia jest fajne. I jak widzę ogrom papierzysk do przerobu, to podziwiam te kobity w sekretariacie, które przychodzą do pracy na 7:00/7:30 i całą tę mrówczą robotę muszą wykonać, po to, by sędzia miał wszystko gotowe od 9:00. Jedyne, co w sądzie przeżywam i ciągle jeszcze muszę się do tego przyzwyczajać - to bolesne kontrasty i dobrze utrzymane panie mecenas w starciu z biedotą i patologią, która nieraz ciągnie za sobą fetor ludzkiego cierpienia po przestronnych, czyściutkich korytarzach. Starcie spokojnego profesjonalizmu sędziego, kojącego szelestu przerzucanych akt i smutnych oczu dzieciaków czekających na ojca, który przeszedł na spotkanie z kuratorem. Prawo nam pomaga, ale też odgradza i chroni, bo w ludzkich gestach i zwykłej chęci pomocy można się zgubić i zatracić to, co w pracy prawnika najważnbiejsze - obiektywizm, jasne spojrzenie i rzetelność. Ciężko mi, ale muszę zacisnąć zęby i schować nadwrażliwość w kieszeń, razem z ponuractwem. Uśmiech ładnie się w sądzie krzewi, aż się zdziwiłam, ale prędzej czy później robraja każdego, cieszę się więc, że ochrona na wejściu nie każe mi go zostawić. :)
Moje sielskie marzenie o zamieszkaniu z facetem się spełniło, pośrednio. Przez te dwa tygodnie koczowałam u P. w jego rodzinnym domu i jestem zaskoczona, jak dobrze poszło. Wiem, dwa tygodnie to niewiele, ale jednak trochę nas to obrało ze złudzeń, przydało realizmu, lirykę okrasiło przypisami. Uczę się P. w warunkach naturalnych i bilans wychodzi wciąż dodatni, cholernie dodatni. Pewnie, codzienność nie jest różowa, czasem nieuważne słowo, czasem zmęczenie, czasem zwykła ludzka niedoskonałość napaćka zgniłą zielenią (dzięki Bogu nie seledynem) na naszym sielskim obrazku, ale ja przecież nie lubię różowego. :)
cieplo-cieplej-czule 2012-01-28 12:02:17
skomentuj (3)
O rozdziawstwie (w sposób zakamuflowany oczywiście).
Ja to jednak jestem ponurak, siedzę w pokoju obstawiona gitarą, podręcznikami, tak zwanymi Swoimi Sprawami, i jakoś do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, jak mało uwagi poświęcam mojej siostrze. Nic dziwnego, że tak często mnie obstawia (obstawiac = ochrzaniac, stawiac do pionu - nowe słówko zapożyczone ze słownika P., strasznie mi się podoba. Słówko. P. też, ale to razej poza dyskusją. ), skoro tylko wtedy może liczyc na większy skrawek mojego emocjonalnego zaangażowania. Nic to, że jest to głównie zapluwanie się śliną ze złości i wywracanie oczami. To już samo za siebie mówi, do jakiej desperacji doprowadziłam moją siostrę, że woli się narazic na oparzenia spowodowane moim jadem niż zostawic mnie mojemu ponurackiemu losowi.
Nie no, patologii nie ma, ale kurde, trzeba trochę się obstawic i nie działac sobie siostrą na nerwy. To generalnie wina odmienności, kompletnego rozbiegunowania się naszych charakterów. Jak Pan Bóg rozdawał nieśmiałośc, zasunął mi końską działę, a o mojej siostrze zapomniał. Jak cycki rozdawał, to o mnie z kolei zapomniał, no ale chyba nie będę na siostrę burczec z powodu cycków. I w ogole nie wiem, czemu o cyckach jest przy charakterze, ale widac powierzchownam.
I za dużo majonezu w mej diecie bo mam jakąś spiętrzoną sklerozę. Pamiętam, że chciałam napisac o czymś. Całkiem możliwe, że o świętach - ale sami wiecie - opłatek, barszcz, śledzie, choinka, kolędy, duży brzuch, jedzenie, jedzenie, kolędy, jedzenie, toczenie się. No to u mnie też tak. :)
Przed świętami wszyscy byli dla mnie mili, więc zaprzestałam chodzenia. Unosiłam się za to nad chodnikiem kilka centymetrów, jak puszczony swobodnie balonik. Tu między innymi mogę podziękowac Ichaczowi za praliny - nie wiedziałam, że mogą spełniac rolę helu. :) Gwiazdkę dostał P., więc Twoja umiejętnośc osładzania życia ma bardzo dalekosiężne skutki, dzięki. :)
Jak na złośc w pracy zrobiło się arcyciekawie i arcybogato teraz, no ale to chyba oczywiste, bo odchodzę. ;] Na pocieszenie mówię sobie, że przynajmniej nie zostawiłam za sobą szpaleru z połamanych serc, bo pracuję z gejami i mężatkami. ;] Jutro ostatni dzień... dziwnie.
To oznacza koniec guzdrania się z magisterką i praktyki w sądzie, ale co mi tam - nie mam już debetu, świat mi niestraszny! ;]
Kurde, coś jest z tą terapią blogowania. Miała to byc zupełnie inna notka, planowałam byc taką słitaśną (hello kitty wciąż uwiera ;]) pipką, co to się zachwyca postświątecznym rozbeblaniem. A tu rzyg. No nic, czasem i rzyg musi byc. Może to i dobrze. Albo to hormony, albo wpływ pracy - ale jakoś się rzucam ostatnio jak śledź w przeręblu. Może i zaciskac zębów już nie muszę tak jak kiedyś? Coraz mniej je zaciskam, i mniej.... oby mi jakieś rozdziawstwo z tego nie wyszło.
cieplo-cieplej-czule 2011-12-29 22:01:03
skomentuj (2)
Aha!
A na osłodę mam chałwę i (jednak grudniowy, nie listopadowy) Kraków z P. :) Czyli okej jest. Tylko muszę popracowac nad toczeniem piany z pyska podczas blitzkriegu. Z pyszczka. Bo ja przecież Heloł Kitty jestem. ;)
cieplo-cieplej-czule 2011-12-06 21:06:49
skomentuj (3)
ARGH!
Może jak z raz cos napiszę na gorąco i sprawdzę to za czas jakiś, upewnię się, że aby na pewno wiem, o co mi chodzi i że nie wymyślam, bo na przykład okres nadchodzi (nawet nie czuję, gdy rymuje, rymy częstochoske poniżej mej godności, jednakowoż trudno, nie chce mi się synonimów szukac, nie jestem w stanie).
Dziś z okazji wielkiego święta Czekoladowego Mikołaja dostałam od macierzy swej kolorowy piórnik Hello Kitty. Normalnego człowieka by to pogrążyło. Ale nie mnie - obróciłabym to w żart, bo rzeczywiście śmiesznie. Powinno byc teoretycznie przynajmniej, a wieje grozą, bo piórniczek tenże doskonale odzwierciedla zaburzony obraz mnie w głowie Matki mej kochanej. Otóż w oczach Matki mej jestem czymś na kształt takiego właśnie na wpółupośledzonego Kitty, co to mówi Hello nie tak jak trzeba, i natychmiast trzeba mu to heloł naprostowac, bo będzie bieda, zgwałcą, wykorzystają, okradną, wszystko naraz.
Kolor rzeczonego piórniczka również woła o pomstę do nieba, bo jest różowo (nie lubię różowego) seledynowy. I o ile uwielbiam zielony, co moja Matka kochana w hipokampie swym utrwaliła, to nienawidzę seledynowego - a to jej z kolei musiało wypaśc na wyboistej drodze rodzicielstwa.
Teraz zaczynam zapominac, o co mi chodziło, więc musze się streszczac. Aha! Już wiem. Odkąd pamiętam, słyszę w domu kwestie rodem z 'Wojny domowej' - będziesz zarabiac wlasne pieniądze to zrozumiesz/to będziesz mogła decydowac o takich sprawach/to przypomnisz sobie moje słowa.
No i stało się. Zarabiam.
Nie rozumiem w dalszym ciągu zaboru na mą autonomię, miał się skończyc czas okupacji z wypłatą, no okupacji niekoniecznie, w końcu nadal mieszkam z zaborcą, ale jakiś szacunek, bo ja wiem? Zaufanie? Albo chociaż niekwestionowanie moich decyzji?
Jak to w końcu działa? Bo rozumiem, że miało mnie to do samodzielnosci skłonic, ale ni wała nie skłania, skłania mnie raczej do myślenia w rodzaju "mam kasę, możecie mi naskoczyc", a to toksyczne i nie tworzy rodzinnej atmosfery. Czuję strach wielki ze strony zaborcy, że teraz już nic mnie w domu nie utrzyma. No nie utrzyma, jak na konie za często jeżdżę, pigułki niezdrowe i nie powinnam brac, a ubezpieczą mnie i tak, bo ja nie wiem co mówię, że mi się nie chce płacic co miesiąc za hipotetyczne prawdopodobieństwo, że mi się coś stanie i może wtedy, po rozpatrzeniu wszelkich możliwości uników, wypłaci mi się drobne na gips. Moja Matka kochana po praktykowaniu przez 25 lat zawodu pedagoga nie potrafi usiąśc i pogadac jak baba z babą, tylko się elegancko obarykaduje, na barykady wtacza ciężkie działa (jej ulubione to Płaciłam Za Twoje... i Nie Dasz Sobie Nic Powiedziec ) i strzela protekcjonalnością, zanim jeszcze uświadomię sobie, że się blitzkrieg zaczął.
No i weź, i weź. 24 letnia BABA, jaką już niewątpliwie jestem, jest zmęczona faktycznymi próbami ubezwłasnowolnienia i z pewnością nie popełni w tym millenium ANI JEDNEJ głupiej rzeczy, ot tak, z przekory. :)
(Lepiej mi.)
cieplo-cieplej-czule 2011-12-06 21:03:45
skomentuj (4)
Listopad dupomróz.
Strasznie mnie bawi komenda "zapamiętaj mnie na tym urządzeniu" przy logowaniu się na blog.pl. Tylko mnie? ;)
Informuję uprzejmie, że niemal pożegnałam się z wypłatą - to chyba mistrzostwo świata, ale nie martwię się tym już, bo jak się martwic - z logicznego punktu widzenia - czymś czego nie ma? ;) Nowa torebka, nowa aktówka, buty, sweterki (plus jakiś gotycki surdut vintage, który na pewno założę na jakiś zjazd pingwinów) i kalendarz cieszą mą kobiecą jaźń, tak jak scyzoryk uradowałby młodego skauta.
Humor dobry, bo mam pierwszy od poniedziałku dzień wolny. Wszystkich zainteresowanych mą skromną osobą przepraszam za brak czasu - nie wiedziałam, że człowiekowi pracującemu stopniowo zanikają możliwości eksplotacji towarzyskiej siebie i innych. :-| To znaczy wiedziałam, ale żeby do tego stopnia? Od szóstej do dwudziestej trzeciej moje ciało wędruje po województwie za chlebem, nauczyłam się nawet spac w pociągu, żeby tę wędrówkę odpowiednio wykorzystac. Nie wzdragam się już nawet przed pijusami i Ludźmi, Którzy Budzą Mój Lęk (nie wiem, skąd to się bierze, i czy ktoś to jeszcze ma - czasem niepozorny chłopczyk ma spojrzenie psychopatycznego socjopaty biegającego z siekierą i już, koniec, kropka). Nie, żebym siadała im od razu na kolanach, no ale jak już są, trudno, regeneracja sił to priorytet, poza tym sny, jakie mam podczas drzemki to niezastąpiona darmowa kablówka. Dziś na przykład śniło mi się, że znalazłam pod płotem wielki, stary portfel, wypchany stuzłotowymi banknotami i jedną pogniecioną dwudziestką (?). I były tam zdjęcia legitymacyjne mojej rodziny (!). Obejrzawszy dokładnie banktoty pod światło, znalazłam znaki wodne, ale wydały mi się fałszywe, więc wywaliłam caly portfel do kosza na śmieci, stwierdzając, że ktoś mnie wrabia. Moja podświadomośc jak widac potrafi byc durna. ;)
Z konkretów - miłośc do P. nie przechodzi, miłośc do koni nie przechodzi, chociaż w tym tygodniu eksplorowac jednej ni drugiej nie miałam możliwości, można więc uznac, że nastąpił pewien przestój w miłości. ;) Wobec powyższego rozwijam intesywnie moje second life zmontowane z fantazji (różnorakich) i marzeń (ambitnych), do pełni szcześcia brakuje mi tylko dobrych słuchawek i mp3, żeby nadac im w pociągu odpowiednie tło muzyczne. ;]
Całusy, Ula. :)
cieplo-cieplej-czule 2011-11-18 11:13:44
skomentuj (4)
Oszaleć z miłości.
Szalony czas, kompletnie z czasu wyprany, zamiast minut i godzin - kolejne, następujące po sobie czynności - pobudka, śniadanie, prysznic, pociąg, uczelnia, ukochany mężczyzna, krótki sen, pobudka, pociąg, praca, przerwa, pociąg, kolacja, sen, pobudka... I niespodzianka - wcześniejszy koniec pracy, o 14:00. Szybki telefon tu i tam, zaklepanie terminu, zaklepanie samochodu. I już jadę, niecierpliwie, z uśmiechem na siedzeniu obok, z Porterami w odtwarzaczu. By poczuc ten niedający się z niczym pomylic zapach, usłyszec swój własny i jej przyśpieszony oddech, skrzypienie siodła, czuc delikatny wiaterek owiewający policzki. Komponowac tę całą symfonię łydek, pięt, ramion i dosiadu tak, by nie było w niej fałszu. Na chwilę, na godzinę dac upust swojej i końskiej żywotności, czuc mięśnie poruszające się pod skórą - i znaleźc się w chwili i miejscu, gdzie już nie wiem, gdzie kończę się ja, a zaczyna koń. Magia.
Czasem późno oznacza po prostu: we właściwym momecie. Znalazłam własną pasję. I dopiero teraz mogę powiedziec, czym naprawdę jest pasja. To coś, dzięki czemu wychodzimy z siebie, w miłości do życia.
cieplo-cieplej-czule 2011-11-10 21:21:20
skomentuj (5)
O przesadzaniu i ogarnianiu.
Ogarniam, o dziwo.
Pamiętam o systematycznym kserowaniu materiałów do magisterki.
Uczę się do tego cholernego warunku.
Wyczajam prezenty pod choinkę.
Nie biorę batoników kusząco porozkładanych przy kasach - co za parodia człowieka wpadła w ogóle na taki perfidny pomysł?!
Mówię cześc ludziom, których znam, nawet jeśli nie wiem skąd.
Piję sok marchwiowy i nie jem po 20:00.
Już nie myślę co kupię za wypłatę, bo w mojej głowie cała wypłata została już wydana, a na tyle logiki to ja jeszcze w sobie zawieram.
Oglądam 'Seks w wielkim mieście' w tajemnicy przed P. To znaczy nie do końca w tajemnicy, ale przyznałam się tyko do jednego odcinka. ;]
Robię zakupy na allegro (jednak za krótkie spodnie udało mi się wymienic na spodnie odstające w biodrach, drobiazg).
Ogarniam. Co prawda dopiero październik, więc nie ma co się cieszyc. Muszę szybko wysłac skorygowane dokumenty na Erasmusa, zanim się rozmyślę, przerażona własną zuchwałością. Zupełnie jakby zabierac się do przesadzania Bartka. Dąb mam na myśli.
cieplo-cieplej-czule 2011-10-28 17:34:42
skomentuj (2)
La-la-la-la-la-la-la-lajf is wonderfol!
Ach, kocham swoją pracę. Mija dziś siedemnasty dzień, odkąd jestem zatrudniona, a (nie licząc trzech dni szkoleń) nie przepracowałam jeszcze ani godziny. Dzięki temu mogę zajmować się pisaniem magisterki o wymierzaniu kary, oł je, a ponadto nauką za karę wymierzoną mi z przedmiotu warunkowo zaliczanego, tralala. Kiedy potrzebuję dnia rektorskiego, robią dzień rektorski, kiedy nie pasują mi zajęcia w piątek, sorka zarządza, że będą nieobowiązkowe. :D To się nazywa życie szyte na miarę! Życzę Wam tego samego.
Jedyne, co mi się jak dotąd nie udaje, to wstawanie o siódmej rano. Potrzebuję w tym roku przestawienia czasu o dwie godziny, a i to nie daje gwarancji, że się uda. Najwidoczniej Matka Ewolucja zagapiła się, kiedy rozdawała ludziom te magiczne guziczki w szyszynce, co to rzekomo reagują na światło. Nie, nie reaguję na światło o siódmej rano. Nie zareagowałabym nawet na pancernika Schleswig-Holstein, gdyby zaczął ostrzeliwać moją sypialnię. Coś z tym jest mocno nie teges. Zaburzenia neurologiczne? Katatonia poranna? Uzależnienie od faz REM? Wszelkie próby pobudki kończą się porażką, albo funkcjonowaniem na pograniczu jawy i snu. Medżik.
To co mi się nie podoba w posiadaniu płatnej posady, to dostawanie wypłaty. Otóż jestem przerażona tym faktem. Zanim zaczniecie ze znaczącą miną pukać się w czoło (unoszenie brwi liczy się jako pukanie w czoło!), przypomnę Wam sztandarową scenę znaną z musicali - macie przed sobą długi korytarz, ulicę, albo coś w tym guście, i w rytmie kolejnych strof melodii z kolejnych drzwi/zza kolejnych latarni wyskakują ludzie, machając rączkami i śpiewając swoje partie, od najbliższych, do najdalszych.
Otóż tak właśnie zza kolejnych załomów mojej głowy wyłaniają się kolejne zachcianki i potrzeby. Dodatkowo nie umiem odróżnić pierwszych od drugich, a to generuje CHAOS. Na przykład od roku obywam się bez wzmacniacza do gitary, nagle przestałam to obywanie się rozumieć. Nigdy nie byłam u kosmetyczki, a teraz namiętnie oglądam oferty salonów SPA. Jest środek października, a ja planuję z P. romantyczny wypad.
W listopadzie. Że nie wspomnę o snackach dla psa, karnetach na jazdy konne (najlepiej w trzech stajniach), prezentach pod choinkę i torebkach. Źle jest. No źle. Bo jakoś trudno będzie pogodzić wypłatę wydaną dwa dni po jej wypłaceniu z zamierzonym odkładaniem wypłaty. A może się da...? Ot, zagwozdka. :)
cieplo-cieplej-czule 2011-10-22 11:15:32
skomentuj (3)
Groteska sprzed siedmiu lat. Lowe.
Zaproszono Nemezis na bankiet filantropów. Spotkałam ja w lustrzanym
holu, gdy próbowala dopasować maskę do oczekiwań partnera.
- Gryzę szkło złudzeń na kolejnej maskaradzie - skarżyła się, unosząc lekko
krwistoczerwoną wargę, za którą kłębiły się ostre jak brzytwa zeby. Wydawała
sie jednak zachwycona zapachem walki wiszącym w powietrzu.
Jej towarzysz, nieco żalosny twór splątanych ambicji i zdradzonych marzeń,
przypatrywal się nam beznamiętnie.
Nadgryziona i wypluta szansa uczepiła się jego policzka.
Tygrysy salonowe przetaczały się nieopodal, jak grzmoty przebrzmiewajace w
echach nadciągajacej burzy. Zdawały sobie sprawę, ze jeśli ktoś tu jest jeszcze
w stanie urosnac w siłę, to tylko ci słabi.
- Jakaś ty płytka. Nic nie wiesz. Jakaś ty płytka. Trzeba się tobą zająć.
Zaopiekować się. Wziać pod skrzydła. Przecież sama nie dasz sobie rady. Taka
jesteś płytka - mruczał jeden z nich, ten o pysku pooranym bliznami, świadectwami przebytych batalii. Po twarzy skradał się uśmiech mordercy.
Przemieściliśmy się więc w kierunku stołów - tylko ja, Nemezis i ten bezbronny
osioł. Degustacja jednak nie przebiegała tak, jakbyśmy sobie tego życzyli.
Zapach plesniowych reform i zgnusniałych, zastałych win (dawniej musujacych
obietnicami) unosił się w powietrzu, upajając spokojem i naiwnym poczuciem bezpieczenstwa. Czekoladki, wyglądajace na swieże, w środku byly kompletnie
puste, zaś kiełbasa pozbawiona była cierpkiego, orzeźwiajacego smaku novum.
Jeszcze zanim wybiła pólnoc i opadły maski, zorientowalismy się, ze coś jest
nie tak, jak miało być. Powoli zaczynaliśmy odczuwać pierwsze symptomy niestrawności.
Rekiny natomiast krążyly coraz bliżej... Ich lśniące, przepasane Rolexami
płetwy niemal muskaly naszą dobrą wolę.
Nie bylo innego wyjścia. Narzucilismy na siebie plaszcze uszyte z zakłopotanego
uśmiechu pierwszego gatunku, umknęliśmy tylnymi drzwiami, pozostawiajac
polityczny poczęstunek samozagładzie.
cieplo-cieplej-czule 2011-10-18 22:53:08
skomentuj (0)
Patrzenia.
Nie wiem, jak jest u Was, w moim przypadku narozstawiane wszędzie smętne kubki po kawie i herbacie dobitnie świadczą o rozpoczęciu się nowego roku akademickiego. ;) I związanych z nim planów. Też nowych, w większości. Została tylko jazda konna (jutro już dziesiąta! Pierwszy galop za mną, nie tracę entuzjazmu, więc słomiany zapał w tym przypadku już raczej nie grozi).
A póki co, oswajamy się ze sobą. Ja z nią, a ona ze mną. Warszawa. Natłok, hałas, ścisk, nadmiar, kocioł. Ściana ludzi na przejściu dla pieszych, zapach moczu, dzieła i rzygowiny architektury obok siebie. I ja, jak intruz, jak ciało obce, jak drzazga w oku molocha, zawracająca milion razy w przejściu podziemnym przy Novotelu, kręcąca się jak bączek, tracąca orientację i czucie w stopach. Ale z drugiej strony - ci, co mnie trochę znają, wiedzą doskonale, że zawsze mam drugą stronę :) - marzy mi się usiąść ktoregoś cieplejszego dnia w którejś z nowoświatowych kafejek i patrzeć, patrzeć, chłonąć.
Na szkoleniach w nowej pracy (tak, tak, od piątego października mam tak zwaną ciepłą posadkę i zasilam grono najemników ;) obserwuję nieprzerwanie. Wszystko mnie fascynuje - kolor szminki dziewczyny w złocie, sposób w jaki chłopak w niebieskich spodniach zakłada nogę na nogę, nieśmiały uśmiech, smutne oczy misiowatego, świetny brelok w kształcie konia dziewczyny retro - oni wszyscy nie mają pojęcia, że w mojej głowie przeistaczają się, są ponownie chrzczeni i archiwizowani - wszyscy na równi intrygujący, ważni i ciekawi. Właściwie to w miejskiej dżungli mogłabym spędzić życie w roli takiego przyrodnika do ludzi. ;)
cieplo-cieplej-czule 2011-10-12 20:43:34
skomentuj (2)
Zbliżenia.
Lubię w sobie to, że zawsze, gdy się za bardzo zapędzę w świat, w końcu nadchodzi moment, kiedy przypominam sobie, że pęd jest bez sensu. I wracam - do korzeni, do starych piosenek, do dobrych myśli. I już wiem, że to nie jest tak, że jestem za miękka, za twarda czy w ogóle za jakaś. Są tylko moje i nie moje światy. Nie muszę się oszukiwac, że potrafię życ w każdym z nich. Już nie. :)
Będzie mi brakowac tej porannej, domowej rutyny. Zaspanego spojrzenia brata nieludzko pozbawianego kołdry, wariackiego merdania ogonem labradorki, nawet siostrzanego jazgotu. :)
Pierwsze plany już się klarują - wreszcie wiem, kiedy są zajęcia na uczelni, całkiem możliwe, że uda mi się to zgrac z grafikiem w pracy i nie narazic się na status studenta-widmo. Przy odrobinie szczęścia znajdę czas dla koni i ludzi.
Trudno przychodzi mi zbliżyc się do drugiego człowieka. Nie mam pojęcia, skąd bierze się wrodzony dystans - swoista mieszanina ambiwalentnych uczuc. Zbliżenia następują zazwyczaj na podobieństwo osunięc ziemi - gwałtownie, pod wpływem impulsu, nie wymaga to tłumaczeń, zrozumień, po prostu przyszło, jest, trwa. Ale chciałabym tez inaczej, łagodnie poznawac innych i dawac się poznac. Tymczasem jedno zbyt serdeczne spojrzenie zatrzymuje mnie w pół skoku, w zawieszeniu, zdziwioną, przestraszoną. Więc cofam się, szczerząc kły rzuconego naprędce żartu, za tarczą niefrasobliwości. Z końmi idzie mi to znacznie lepiej, może to kwestia cierpliwości, a może tego, że nie zranią przykrym słowem. Co najwyżej wyrzucą w kosmos kopniakiem. ;)
Uczę się stosowac najzdrowszą filozofię umiarkowanego jaoizmu. Bo ja mam byc dla siebie najważniejsza, nikt inny, tylko ja. I nie ma się czego wstydzic. :)
cieplo-cieplej-czule 2011-09-30 09:11:14
skomentuj (0)
Wrześniowe szaleństwa.
Zaczął mnie pociągac czarno-biały świat nowelizacji, więc zaniepokojona tym faktem, przystąpiłam do odmóżdżania się. I cóż zaobserwowałam na tvn style? Dokument o dziwactwach, a w nim dwie studentki, przyznające się do:
- obgryzania paznokci,
- trzymania ich w buzi długo po oddzieleniu od ciała,
- wyjmowania na czas posiłku... i odkładania na talerzyk, by kontynuowac proceder po jedzeniu,
- w razie braku bieżących paznokci sięgają do rezerwowych odkładanych na nocnym stoliku. (WIDZIAŁAM NA WŁASNE OCZY schludną kupkę paznokci!).
Po dziewczynach przyszedł czas na wokalistę zespołu Mutator, który ma obsesję na punkcie odkurzania - domu, komórki, swojej dziewczyny.
Po harkorowym muzyku - atrakcyjna fryzjerka, która wścieka się, kiedy na osobę rasy chichuachua ktoś mówi pies. Kobita założyła tej osobie własne konto na portalu społecznościowym, urządziła garderobę, codziennie rano osoba chichuachua ma mytą buzię i jest perfumowana.
Po półgodzinnym spotkaniu z telewizją uznałam, że jeszcze wiele rzeczy na świecie ma szansę mnie zdziwic. I zwiałam do przyjemnie znajomego postępowania cywilnego. :)
cieplo-cieplej-czule 2011-09-26 20:34:42
skomentuj (1)
Wrześniowe lato.
Dopisuje mi apetyt. Dopisuje kolejne centymentry tu i tam. :)
Marzy mi się wieczór z książką (dobrą), kawą (dobrą) i świeczkami (niekoniecznie dobrymi). A jakoś za każdym razem kiedy mogę takowy miec, zaczynam biegac za własnym ogonem, zupełnie jakbym się bała takiej chwili sama-na-samą. Nie jestem do końca panią własnego czasu, zawsze ktoś inny nim rządzi - od rodziny, przez znajomych, okoliczności, aż po Pana Przypadek. Zanim się obejrzę, jest 22:00, a ja połykam powietrze w znajomej symfonii ziewania. Zacznę chyba małymi kroczkami. Najpierw zaparzę kawę... Przygotuję książkę... Poudaję, że mam coś zajmującego do napisania na blogu, a potem - zupełnie znienacka - doskoczę do knigi i zacznę ją czytac z zaskoczenia. ;)
Z najnowszych wieści - Erasmus przełożony na II semestr, pozostał telefon do biura, indeks zamknięty, warunek praktycznie zaklepany, praca ma się rozpocząc za dwa tygodnie, w likus concept store (przy całym językowym puryzmo-pedantyźmie jakoś wolę pisac tenże z małych ;).
Od tygodnia jeżdżę konno, nie że bez przerwy, ale systematycznie i w klimacie 'doczekac się nie mogę następnej lekcji'. :) Każdy koniarz przyzna mi rację, że nie jest to coś, co można robic na pół gwizdka. Wsiąka się w te końskie oczęta na dobre.
Kiedy wyglancowana i wylansowana, w starych leginsach połączonych z oficerkami wparowałam do stadniny, nie wiedziałam jeszcze, że aby wsiąśc na wechikuł, muszę go najpierw wyszczotkowac, wyczesac, osiodłac i nałożyc kiełzno. Moj wechikuł znosił wszystko ze stoickim spokojem, co już wtedy powinno mi się wydac podejrzane.
Po zaprowadzeniu kunia na ujeżdżalnię, wsiadłam bez większych perturbacji. Koń, równie stoicko jak stał, zaczął stępem sunąc. Nie wiem czy da się stoicko sunąc stępem, ale nie mogłam sobie darowac takiego zlepka. ;P I nagle... stoi. Stoi, i jedynie delikatnie strzygące od czasu do czasu ucho zdradza daleko posunięte zaciekawienie, pod tytułem - co też to szanowne indywiduum gniotące mój grzbiet przedsięweźmie w tej sytuacji? Tymczasem indywiduum - czyli ja - po wykorzystaniu wyczytanego z książki 'naciśnięcia łydkami na bok konia, najlepiej tuż za popręgiem' z efektem żadnym, skonsternowałam się. Hmmmm.... konsternację przerwała dopiero instruktorka Asia, która podeszła, charyzmą swą i samą o b e c n o ś c i ą zmusiła wechikuł, to jest Wigora, do kontynuowania spacerku. Spacerek ten jednakowoż ustawał z chwilą, kiedy odległośc od Asi pozwalała Wigorowi odetchnąc od miażdżącego uroku osobistego wyżej wymienionej. To jest po jakichś dziesięciu sekundach. Jak się okazało, pan profesor koń od razu skumał, co za żółtodzioba nosi na sobie i nie miał zamiaru zważac na moje protesty, chyba że były wyrażone ze szwajcarską precyzją. Kiedy natomiast zabraliśmy się za kłusa na lonży, Wigor ochoczo przetrzepał mi tyłek, a nawet po odpięciu z uwięzi, kiedy nieśmiało sugerowałam stępa, kłusował beztrosko dalej. Gdyby zajęcia z tym koniem były oparte na syllabusie, pierwszy punkt brzmiałby: "Pokora. Zajęcia praktyczne."
Tak naprawdę to uwielbiam te lekcje. Zastanawiam się tylko, kiedy moje kończyny staną się dla tego konia jakimkolwiek autorytetem. Poważnie zastanawiam się nad marchewką. ;)
cieplo-cieplej-czule 2011-09-13 19:31:22
skomentuj (2)
Wrzesień. Deeper and deeper...
Szybko się teraz ściemnia, naturalna kolej rzeczy, naturalny bieg czasu, doprzoduiwkoło, niezmienny, uspokajający cykl. A może raczej cykle, bo kiedy wstaje dzień, my też niezmiennie opadamy na ziemię, powoli, jak liście - z sennych chmur. A zanim nas dzień przegoni w ślad za słońcem, na podobieństwo foliowej torebki z American Beauty, pamiętajmy, żeby część tych snów (tych najdziwniej pięknych) zakopać pod powiekami na później. Na następną noc, kolejny zmierzch.
Chciałabym wierzyć, że w tej nieustannej zmienności, nieuchronnym przemijaniu - jest stałość i wieczność, i powtarzalność, do której można się nauczyć przybijac jak do przyjaznego portu, w każdym momencie. Może to zakochanie zwróciło mi tę tkliwość - a może to po prostu kolejna faza cyklu mojego życia?
Lubię te domowe wieczory, kiedy niby pełny dom staje się schronieniem każdego z nas osobno, wszechświat złożony z mikroświatów. Siostra oglądająca Spartakusa, tuląca się do chłopaka, co czuję nawet przez zamknięte drzwi do jej pokoju. Szczęśliwa.
Braciszek dziś w nastroju "puść mnie", z przewierconym zębem i ropniem w buzi wygląda jak monstrum Frankensteina z opuchniętą szczęką. Nie poznaję go w tej apatycznej, podkołdrowej wersji, niech już wróci Czaruś-haker, Czarek szperający na jutubie i cykający sobie zdjęcia komórką każdej marki.
Rodzice gdzieś tam krążą zmęczeni, po orbitach dwóch słońc, skutecznie spajających naszą rodzinę - lodówki i telewizora. ;)
Dzisiejszy dzień stał się dniem Dziurawej Dętki, Popsutej Pogody, Końca Lata i Spadających Kotletów. A jednak obiad zrobiony, brat zaopiekowany, inwentarz nakarmiony, pies wybiegany, maile wysłane. Jeszcze kilka godzin na dokończenie książki, dopieszczenie gitar, zielona herbata i już.
Coraz mniej patrzę na siebie z zewnątrz, oczami innych ludzi. Co prawda dobrze jest wyjść ze środka, powiedzieć o swoich pragnieniach, marzeniach, potrzebach i niepotrzebach - ale przez to mniej się innym przyglądam, coraz mniej. Daję z siebie, ile mogę, ale już bez ciągłego robienia sobie samej wyrzutów albo sztucznych usprawiedliwień. Dobrze tak, bo naturalnie, nieinwazyjnie. Na zdrowy rozum - lepiej jest się nie giąć ciągle do ziemi i cudzych oczekiwań, zdrowiej też dla świata, trzcina nie sili się na bycie wierzbą, dlaczego my chcemy byc wszechmocni, kiedy to w słabościach jest miejsce na czułość i delikatność?
Bez żalu kasuję wszystkie smsy, stare wiadomości, życie jest zdecydowanie za krótkie, żeby je ciągle przewijać do tyłu - ale to pewnie już dawno wiecie. :) Teraz jest piękne, nawet gdy jest trudne.
Z delikatnym rozbawieniem patrzę na wybrzuszające się coraz wyraźniej nad dżinsami boczki - dziś miałam nie jeść po 18, ale leczo mojej mamy jest taaaaaakie dobre...
Jutro pierwsza od dziesięciu lat jazda konna, powrót do mojej wielkiej miłości, zainspirowany przez uczynny jak zwykle przypadek. Tak bardzo cieszę się na to spotkanie z niesłabnącym mimo upływu lat marzeniem! Miał trochę racji M., mówiąc, że ważne jest, by czasem uciec nie ze strachu, a z odwagi. Bo i na co czekac? Na wyższe przychody, na więcej czasu, na kolejne życie? Nie da się przewinąć życia, nie da się go zatrzymac. Trzeba biec razem z nim - ale i podłożyć mu nogę, kiedy trzeba. :)
Uciekajcie przed byciem dorosłymi, kochani, jak najdłużej! Narysujcie swojego wlasnego słonia pożartego przez węża i nie dajcie sobie wmówić, że to zawsze był tylko kapelusz. ;)
Trzymam za Was kciuki, ja i legiony moich marzeń.
cieplo-cieplej-czule 2011-09-07 22:38:07
skomentuj (7)
Sierpień.
Bez odwrotu - ponformowała mnie uprzejmie nakrętka Tymbarka czy innej Fortuny, kiedy skołowana i z krwawiącymi stopami (żadna metafora, niestety) wracałam z kolejnej rozmowy kwalifikacyjnej.
Bo i wiele ostatnio się dzieje - większośc rzeczywiście jest z tych rzeczy, które ciężko odkręcic. Ciągle z lekkim zdziwieniem zdaje sobie sprawę, że ktoś przy mnie jest, nawet jeśli nie namacalnie, to przynajmniej czuję oplatające mnie niteczki ciepłych myśli. To takie nowe i takie niesamowite, kiedy ktoś dba o ciebie bardziej niż ty sama, i nawet do głowy ci wcześniej nie przychodziło, że tego właśnie możesz potrzebowac.
Czas mierzą mi kolejne poranki, bójki z budzikiem między szóstą a siódmą rano, kolejne spojrzenie w lustro na twarz, o dziwo, coraz gładszą, coraz bardziej wolną od prawdziwych i wyimaginowanych nowotworów stresu.
Gotuję i piekę, piekę i smażę, uczę się życia poprzez kulinaria, uczę się, że ważne są proporcje, dotrzymywanie terminu, czułośc i uwaga, ufanie zmysłom i intuicji. I dzielenie się. To przede wszystkim. I tu, jak A. mi wytłumaczyła, jest różnica między prawdziwym a udawanym szczęściem - tylko to pierwsze podlega podziałowi, tylko tego pierwszego nie szkoda nam rozdawac dalej.
Dziś godzina "W", czekam z niecierpliwością na telefon. Trzymam kciuki za siebie z nieznaną mi wcześniej determinacją. Oby, oby, oby.
Jeszcze tylko prozaiczne odkurzanie, tak by siostra uśmiechnęła się, wracając z wakacji do domu. Jeszcze tylko spacer z psem, który niezmiennie przypomina mi o tym, jak cudownie jest miec w sobie miejsce na zieleń i wznoszący się nad drogą kurz. I znów pakowanie podróżnej torby, butelka wina do środka, kaszanka obok. :) Po to, by jechac na spotkanie długich rozmów, śmiechu, głupot, głupotek. I siebie. Siebie innej. Siebie wśród dziewczyn.
Wszystko to pięknie, ale ciągle mam świadomośc jednego.
Prawdziwa inspiracja przychodzi z wewnątrz.
I tylko taka trwa dłużej niż mrugnięcie.
cieplo-cieplej-czule 2011-08-12 10:08:04
skomentuj (0)